Tron upadłych - Kerri Maniscalco
Szczerze mówiąc długo zastanawiałam się czy tę recenzję w ogóle pisać bo moje odczucia co do tej książki są mocno mieszane. Co przede wszystkim zachęciło mnie do tej książki? To był opis fabuły i nie ukrywam, jej wydanie bo jest po prostu PRZEPIĘKNE.
Myślałam, że wkraczam do kolejnego, świetnego świata fantasy i po części miałam rację... no ale też nie do końca.
Camilla, z pozoru zwykła malarka, zostaje podstępem wciągnięta przez księcia zazdrości ( w ogóle uwielbiam w tej książce motyw siedmiu grzechów głównych jako rzeczywistych postaci ) w pewną grę. Stawką w niej, dla każdego jest co innego. Dla Camilli jest to zwrócony talent, który niespodziewanie straciła, dla księcia zazdrości - jest to wszystko co jest mu drogie.
Brzmi zachęcająco i faktycznie sam motyw gry, intryg z tym związanych, świat przedstawiony działa tutaj dobrze. Jest ciekawy, barwnie opisany. Co mnie uwierało w tej książce to niespodziewany przeze mnie fakt, że ta książka to SMUT. I nie zrozumcie mnie źle, nie mam nic przeciwko książkom, w których występują takie wątki, ale tutaj jest to bardzo, bardzo przytłaczające. Nawiązania "morenkowe" pojawiają się przy każdej możliwej okazji i trochę przykrywają ten świat i całą istotę historii.
Napięcie między bohaterami czuć od samego początku, ich relacja jest o tyle ciekawa, że bohaterowie droczą się z sobą i bronią się przed wzajemny oddziaływaniem. Są zgryźliwi wobec siebie, ich docinki dostarczają. To działa. W ogóle wachlarz postaci w tej książce jest naprawdę przeogromny. Szanuję autorkę za konsekwencję, skontrolowanie tak wielu bohaterów i zamknięcie ich nadal w spójnym świecie. Dlatego mam takie mieszane uczucia, bo książka jest naprawdę interesującą pozycją, wciągającą w swoje uniwersum, ale niestety w moim mniemaniu jest tu przesyt morenkowy. Dlatego decyzję o sięgnięciu po tę lekturę, pozostawiam wam :)

Komentarze
Prześlij komentarz